Sąd z miłości
Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale, zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów.
W ostatnią niedzielę roku kościelnego przywołany jest obraz Sądu Ostatecznego, końcowego aktu historii, w którym wezmą udział Bóg i wszyscy ludzie - żywi i umarli, w dodatku nie jako widzowie stojący z boku, ale jako jego uczestnicy. Na Ostatni Sąd patrzy się najczęściej poprzez monumentalną wizję Michała Anioła, namalowaną w Kaplicy Sykstyńskiej. Wśród kłębiących się w powietrzu postaci staje Jezus pełen mocy i majestatu, aby dopełnić sens świata i zamknąć ostatni rozdział jego dziejów. Zachwyt lub przerażenie odnotowane w każdym geście, w każdej twarzy, dobitnie do nas przemawiają.
Sędzia oddzieli jednych ludzi od drugich, oddzieli tych, którzy służyli dobru, od tych, którzy wynajmowali się złu. Sąd, jaki wydaje na siebie samego człowiek w obliczu własnej śmierci, dostępując pełnego poznania siebie, bez żadnej taryfy ulgowej, dopełni się jako Sąd Boży, wobec jasnego poznania Boga i Jego wymagań. Ostatnie słowo Boga wobec każdego z osobna jest niejako podpisem Boga pod decyzjami sumienia człowieka. Jego Sąd odsłoni także każde życie, jakie człowiek sam sobie zgotował. To czas decyzji, jakie nigdy nie będą cofnięte. Jezus Chrystus będzie jedyną nadzieją w ów dzień sprawiedliwości i miłosierdzia, gdy płonąć będzie świat oraz jego fundamenty. On stanie się także miarą ocalenia podczas grozy. Największy hymn średniowiecza opiewał go jako: Dies irae - Dzień gniewu, ów dzień, co świat rozsypie w proch.
Przyszły Sąd zależny jest od teraźniejszości. Od chwili wniebowstąpienia Jezusa Bóg żyje w świecie jakby w rozproszeniu. Ma On postać żyjącego obok człowieka. Bóg ma twarz matki lub dziecka, dziewczyny lub starca, przyjaciela lub współpracownika, sąsiadki lub nieznanego przechodnia. Oni - wedle tego, co mówi Jezus - będą wtedy kryterium odmierzającym ocalenie albo potępienie. Ze słów Jezusa wynika, że człowiek będzie sądzony miarą swej miłości albo jej braku. Kto świadczył miłość, wejdzie do życia wiecznego. Kto jej nie okazywał, będzie skazany na wieczną mąkę. A brak miłości, o którym mówi Jezus, nie polega na jakichś nie wiadomo jak ciężkich przestępstwach. Grzechy przeciwko miłości wymienione przez Jezusa nic są właściwymi czynami, ale zaniedbaniami: widziało się głodnego i nic zrobiło się nic, aby go nakarmić, nie wykazało się troski o tych, którzy są w więzieniach. Było się tylko zapominalskim. I mimo to taki wyrok!
Może dziwi nas. że Jezus nic stawia innych wymagań, by wejść do Królestwa niebieskiego, jak tylko miłość. Przy innych okazjach mówił przecież, że trzeba się nawrócić i wierzyć w Ewangelię, brać swój krzyż i iść za Nim. Wielu słysząc te słowa, usiłuje znaleźć w nich usprawiedliwienie dla swojej słabej wiary. Próbuje tłumaczyć sobie, że nie chodzi o uczęszczanie na mszę świętą, ani nawet o wiarę w Chrystusa, że wystarczy być dobrym dla bliźniego. Ale żeby dobrze zrozumieć tę Ewangelię, trzeba zwrócić uwagę na jeden szczegół: do kogo mówi Chrystus. Jeśli tego nie uwzględnimy, wtedy łatwo potraktujemy tę przypowieść jako pretekst do zwolnienia się z wielu obowiązków, które nakłada na nas wiara. Bo wymagania i kryteria oceny są zależne od sytuacji człowieka względem Boga: inną miarę stosuje się względem wierzących, inną względem ochrzczonych, a jeszcze inną wobec niewierzących. Otóż mu-simy uwzględnić, że słowa te są skierowane nie do chrześcijan, lecz do pogan. Chrystus przedstawia w obrazowy sposób, czym będzie się kierował w ocenie tych, którzy Boga nie poznali. Po prostu Jezus podaje zasadę zbawienia pogan. Ale pogan, a nie wierzących. My natomiast często traktujemy tę Ewangelię jako wykręt i zwolnienie się z konsekwencji wiary. Nie raz można usłyszeć w rozmowach że Bóg nie będzie osądzał człowieka za chodzenie na mszę, lecz za dobre uczynki. Otóż tak, ale tylko tych, którzy nie są chrześcijanami. Oni, jako niewierzący i nieochrzczeni, nie są zobowiązani do praktykowania wiary, której przecież, na ogół nie z własnej winy, nie mają. Ale to nie znaczy, że będą potępieni. Otóż ich zbawienie dokona się na mocy wierności swemu sumieniu i prawu naturalnemu. Ono dość jasno podpowiada co należy czynić. Dlatego Jezus nie pyta ich o posty, spowiedzi wielkanocne, nabożeństwa, składki itp. lecz o dobre czyny, które świadczą o uczciwości i wrażliwości na głos sumienia, który jest naturalnym głosem Boga w człowieku. Ten kto jest wierny i posłuszny temu głosowi, ten należy do Chrystusa, chociaż wcale o tym nie wie. Kto jednak odrzuca głos su-mienia, ten odrzuca i Boga. Często Boga obecnego w drugim człowieku – takim jak Chrystus.
Dla nas poprzeczka wymagań i obowiązków jest ustawiona wyżej, bo komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie. Sąd nad wierzącymi odbędzie się według przypowieści którą słyszeliśmy w zeszłym tygodniu – według tego, co zrobiliśmy z otrzymanymi od Boga talentami, według tego, jak rozwinęliśmy swoją wiarę. I człowiek który żyje głęboką wiarą wcale nie musi się owego sądu obawiać, bo przecież nieustannie swoje winny poddaje pod sąd Bożego miłosierdzia w każdej spowiedzi. On już został osądzony i usłyszał wyrok: odpuszczam twoje grzechy.
Czy to znaczy jednak, że nie ma znaczenia to, czy w naszym życiu miłość była? Przeciwnie, ma to wielkie znaczenie. Dla tych, którzy w swoim życiu odkryli Jezusa i poznali, że jest posłany przez Boga, by na-uczyć człowieka, jak ma żyć, konieczne jest czynienie tego. co mówi Jezus, który przecież nieustannie o miłości Boga i człowieka nauczał. To miłość nadaje sens wszystkiemu, co powiedział Jezus. Chrzest oznacza, że pozwoliło się wszczepić w Niego, który jest samą miłością: przystąpienie do Kościoła oznacza wolę należenia do wspólnoty ludzi, którzy z Chrystusem chcą budować królestwo miłości na ziemi. Jedyną rzeczą, którą Jezus miał do spełnienia na ziemi, było ukazanie miłości Ojca, który posunął się tak daleko, ze ofiarował to, co miał najcenniejszego, swego jedynego Syna - i w ten sposób pomógł człowiekowi kochać w taki sam sposób.
Staje więc przed nami dziś przypomnienie, iż z naszej wiary mają płynąć owoce miłości. Przypomnienie, że każde spotkanie z Bogiem, który jest miłością, ma owocować większą miłością do tych którzy są wokół nas. Do swoich najbliższych, a przecież dobrze wiemy, jak często w domach brakuje miłości, do tych, których spotykamy codziennie na swojej drodze, a których obojętnie czy może i wprost z pogardą mijamy.
Moje tagi: miłość; Religia; wiara.