Szkoła słuchania
Odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania (Łk 2,46).
Ofiarowanie Pana Jezusa w świątyni jest pierwszym z tych wielu nawiedzeń w czasie ziemskiego życia domu Ojca przez Syna Bożego, zanim sam stał się tą Najwyższą Świątynią obecności Bożej na ziemi. W Ewangelii wydaje się, że Jezus nigdy nie traktuje świątyni jako miejsca modlitwy, a raczej jako miejsce słowa - miejsce, gdzie powinno się słuchać. Za pierwszym razem był małym i milczącym dzieckiem; zaraz po tym wydarzeniu Ewangelia ukazuje nam Go jako młodzieńca, który przysłuchuje się starszym i przyjmuje ich naukę. W czasie całej swojej publicznej działalności Jezus był tym, który nauczał w porę i nie w porę, próbując otworzyć uszy narodu żydowskiego.
Kiedy rozpoczynasz swoje zakonne życie, chciałbym zwrócić twoją uwagę na przykład, jaki daje nam nasz Zbawiciel, którego wolą było, aby ludzie kształcili Go i formowali; później sam stwierdził, że nie znalazł posłuchu u swego narodu. Spróbujmy zobaczyć, jak życie, które dzisiaj rozpoczynasz, jest również szkołą słuchania. Bowiem także i my stawiamy na twojej drodze wiele przeszkód, a zwyciężysz tylko dzięki wytrwałości w dążeniu do celu, którym jest gorące pragnienie spotkania Chrystusa.
Nasze Statuty w wielu miejscach kładą one nacisk na fakt, że samotność nie jest celem samym w sobie; służy ona jedynie temu, abyśmy mogli usłyszeć Boga w naszym wnętrzu. Jest to ważny temat, który powtarza się w wielu rozmaitych formach. Podobnie jak prorok na górze Horeb i my mamy przyjąć postawę słuchaczy - mamy rozmawiać ze Słowem Bożym; musimy otworzyć Bogu wszystkie drzwi naszej duszy, tak aby w ciszy mógł On w nią wejść poprzez milczenie. Mamy jak spokojna tafla jeziora stać się niezmąconym odbiciem Chrystusa. Te różnorakie obrazy próbują nauczyć nas jednej rzeczy: jak powiedziała święta siostra Elżbieta od Trójcy Świętej - musimy stać się w pełni zdolni do przyjęcia nauki. Musimy stać się wewnętrznie wolni; nie możemy zaśmiecać naszych dusz hałasem i aktywnością, lecz musimy stać się czujni i gotowi do rozpoznania, często tak subtelnych, znaków obecności Pana przemawiającego do naszych serc. Słuchanie drugiego człowieka przygotowuje nas na słuchanie Boga. Nasze Statuty kładą nacisk na dobre podejście do braci, gdy nadarza się sposobność rozmowy z nimi, na to, jak się do nich odnosimy. Musimy wiedzieć, jak ich słuchać i starać się ich zrozumieć zarówno sercem, jak i umysłem; musimy wznieść się ponad pozory i nie przejmować się tym, że mogą oni inaczej podchodzić do tych samych problemów. Tak więc Statuty przedstawiają nam całą naukę, jak mamy słuchać. Słuchanie innych nie jest na pewno celem naszego życia, choć sposób, w jaki traktujemy naszych bliźnich, ćwiczy nasze serca w milczeniu, po to, aby być gotowym na przyjęcie tajemnicy drugiego człowieka. Niezależnie od okoliczności, nie może być dla nas najważniejsza ta czy inna wiadomość, ale poprzez tą wiadomość powinniśmy odkryć głębię serca tego, który do nas przemawia. Jeżeli nie jesteśmy w stanie tak postępować z braćmi, których widzimy, jakże więc możemy postępować tak z Bogiem, którego nie widzimy?
Są to tylko krótkie, lecz wystarczające wskazówki, abyś zobaczył, jak dotykają one sedna naszego życia w samotności. Samotność ta bowiem nie polega na zamknięciu się w czterech ścianach, po to, aby odciąć się całkowicie czy też po to, aby odmówić przystępu innym, aby za wszelką cenę starać się być tylko sam ze sobą. Przeciwnie, samotność jest tym uprzywilejowanym miejscem, gdzie można słuchać; to miejsce milczenia, ale nie opustoszałe. To obszar jedności z rzeczywistością, której żadne słowa nie są w stanie wyrazić. Normalnie więc z radosnym entuzjazmem poddajemy się doskonaleniu milczenia i sztuki słuchania. Niemniej, jak doświadczenie pokazuje, rezultat często odbiega od naszych oczekiwań.
Musimy być całkowicie świadomi tych wszystkich przeciwności, które pochodzą z głębi naszego wnętrza, a które czynią nas niezdolnymi do przyjęcia tej szczerej postawy słuchania drugiego, obojętnie czy będzie to sam Pan, czy też nasz brat. Jest to widoczne, często w smutny i upokarzający sposób, w naszych codziennych stosunkach z innymi. Po pierwsze w liturgii - modlitwie wspólnotowej, wymagającej ustawicznego słuchania innych, po to, aby zharmonizować z nimi nie tylko głosy, ale i nasze serca. Z kolei to nasze rozmowy, te indywidualne czy też w grupach. Są to drobne okazje do pomagania sobie nawzajem czy reagowania na obecność brata. Doświadczenie pokazuje, że jesteśmy w tych sytuacjach narażeni na to, co można nazwać deformacją samotności.
Spontanicznie każdy z nas przyzwyczaja się do życia w izolacji we własnej celi, gdzie nie ma przeszkód dla własnych pragnień, gdzie nikt nie zamyśla spierać się ani nie ma konieczności przyjęcia opinii odmiennej od naszej własnej. Kończy się to tendencją do skupiania się na sobie samym. Na każdym etapie ograniczają nas bariery naszego małego światka. Jesteśmy pochłonięci naszą własną religijnością; nasze rozmyślania zawsze powracają do tych samych ulubionych tematów; wszystko jest urządzone według naszego własnego gustu; mamy własny sposób na wszystko; jest to więc pewien rodzaj systematycznie organizowanego egoizmu, który grozi nam zamknięciem w sztywnych ramach.
Prawie automatycznie kończy się to tym, że gdy jesteśmy z innymi, nakładamy na siebie pewien rodzaj maski po to, aby strzec naszego małego skarbu. Stajemy się niezdolni spotkać się z kimkolwiek. Nasze najgłębsze ja jest dobrze strzeżone - nie jesteśmy wcale zainteresowani ani nie mamy najmniejszej chęci zbliżyć się do najgłębszego ja naszego brata. Do jakich komplikacji może to nas doprowadzić! Pozostaje bowiem ryzyko, że na długo nasz stosunek pozostanie na poziomie pozorów z obopólną zgodą na to, aby unikać irytowania siebie nawzajem. Ośmielę się powiedzieć, że więź miłości nie pozostaje tutaj właściwie pogwałcona, lecz przez wszystkie uniki i zaniedbania może stać się o wiele słabsza i powierzchowna. Jest to kwestia doświadczenia i rozumie to każdy z nas, o ile jest wystarczająco ukształtowany, aby widzieć, co się dzieje w jego wnętrzu i wokół niego. Łatwo więc wyciągnąć wnioski dotyczące naszego życia wewnętrznego. Jaki sens w takiej sytuacji może mieć nasza modlitwa? Czy może nastąpić prawdziwe spotkanie pomiędzy Słowem Bożym, tym Odwiecznym Słowem, a kimś, kto przyzwyczaił się i żyje zamknięty w tym dobrze zakamuflowanym domu?
Nie myśl, że specjalnie przejaskrawiam znaczenie pokus, jakie będą cię atakowały w celi. Jest to bowiem szczególnie ważne, abyśmy sobie bardzo dobrze zdawali sprawę z tego, że musimy wyjść poza ludzkie zadowolenie, jakie daje nam samotność, jeżeli rzeczywiście chcemy otworzyć się na światło i prawdę, których to nigdy nie znajdziemy w sobie samych, a tylko w zapomnieniu i zrezygnowaniu ze swojego ja. Tylko wtedy możemy zacząć mówić o samotności ofiarowanej Bogu. Wizja, którą zarysowałem, jest alarmująca, i kusi nas, aby zareagować nie z poddaniem się woli Bożej, a raczej bardzo naiwnie, w przekonaniu, że dostateczna uwaga, dobra wola i nasza wytrwałość wystarczą nam, aby wszystko się dobrze ułożyło. Wszystko to jest na pewno potrzebne, ale nie rozwiązuje sprawy. Prawdziwe lekarstwo jest bowiem bardziej radykalne i sięga o wiele głębiej - to prawdziwe, autentyczne spotkanie z Chrystusem. Nieustannie przychodzi On do ciebie w Piśmie Świętym, przez swoją obecność w tobie samym; kieruje On Swoje słowo do ciebie osobiście, a Jego Duch stara się przeniknąć do głębi twojej duszy. Przyjmij je.
W rozmowie z Nikodemem Jezus pokazuje nam, co może się stać także i z nami, gdy Go spotkamy. Ten uczony w Piśmie zna wiele mądrych teorii i jest zadufany w sobie. Kiedy Jezus przemawia do niego z powagą, opiera się, stawia zarzuty, które w jego przekonaniu są nie do odparcia. Tak naprawdę nie słucha Mistrza. Jezus prosi go, aby się ponownie narodził, a on nie chce się na to zgodzić, choć jest to jedyny sposób, jeśli chce ujrzeć Królestwo Boże. To jest prawdziwy sens samotności, którą chcesz przyjąć. Zrzeknij się ludzkiej mądrości, wykalkulowanej roztropności i swoich własnych, dobrych zamiarów, abyś mógł wkroczyć w światło prawdy. Nieubłaganie - to światło wyjawi wszystkie przebiegle triki i opór, jaki w tobie stawia „stary człowiek”, aby obronić się i rządzić tobą. Musisz wyrazić zgodę na to, aby on zniknął, o ile rzeczywiście chcesz na nowo się narodzić i otrzymać nowe życie wypływające z głębi twojego serca, gdzie Bóg jest zawsze obecny, choć często nie jesteś tego świadomy.
To jest nauka, jaką Jezus daje ci w świątyni: musisz całkowicie oddać się do dyspozycji Ojca, ignorując wszystko, co Nim nie jest. Kończąc te refleksje, polecam cię Dziewicy Maryi, która towarzyszyła naszemu Panu Jezusowi podczas pierwszego nawiedzenia Świątyni. Ona także przeszła przez cierpienia, gdy odkryła, że Słowo Boże wymaga od Niej całkowitego zrzeczenia się wszystkiego, co związane było z Jej Synem. On bowiem należy wyłącznie do Boga. W ten sposób została Ona przygotowana do tego, by ciebie uczyć i prowadzić ku postawie poświęcenia siebie i wszystkiego po to, aby poświęcić się wyłącznie słuchaniu Ojca i narodzinom Boskiego słowa w twoim sercu.
Moje tagi: człowiek; Religia; rozważanie.